niedziela, 25 sierpnia 2019

Zstąpienie na bezdroża'1920 (Cud nad Wisłą)

https://ekai.pl/wp-content/uploads/2018/08/fullsizeoutput_28-1024x657.jpeg
Zstąpienie
Chodzi tu o zstąpienie, rzecz jasna, Matki Bożej Łaskawej, patronki Warszawy i ziemi radzymińskiej, a razem z Nią Jej Syna w Jego Mistycznym Ciele, czyli w wierzących w Niego, zstąpienie na rozdroża polskiej niepodległości …
Zacznę od kilku cytatów z książki O. Józefa Marii Bartnika SJ Matka Boża Łaskawa a Cud nad Wisłą:
„12 sierpnia zaczęły się walki o Radzymin. 21 Dywizja Armii Czerwonej siedem razy szturmowała miasto, które broniło się bohatersko. 13 sierpnia był dniem decydującego uderzenia. Walki rozgorzały z całą ostrością, miasto kilkakrotnie przechodziło z rąk do rąk. Za siódmym razem udało się sołdatom zdobyć Radzymin i zająć okoliczne wioski. … Bolszewicy zabierali wszystko, co można było zjeść i wypić. Rąbali sprzęty, meble, pruli pierzyny i poduszki. ... Ograbili sklepy, splądrowali szpital, wzięli około 300 jeńców. Okrutnie obeszli się z mieszkańcami miasta. Wiele zgwałconych kobiet zamordowano, wielu cywilów poległo.” (Ks. dr Józef Maria Bartnik SJ, Matka Boża Łaskawa a Cud nad Wisłą, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa, 2011, str. 195-196)
"Na polach wokół wiosek Ossów, Leśniakowizna i Turów (12-13 sierpnia – Magazynier) trwały krwawe walki o dostęp do Warszawy. Boje były niezwykle ciężkie i pochłaniały batalion za batalionem. Nieletni żołnierze, nieobyci z walką, stanowili łatwy cel. Na widok przednich straży Chachachina (z 5. Ochotniczej Armii) ponad połowa młodych wpadła w panikę i porzuciła okopy, pozostawiając w nich broń i oporządzenie. … Zaledwie dwie kompanie w składzie batalionu broniącego Ossowa przedstawiały rzeczywistą wartość bojową (realną, czyli realnie słabą – Magazynier), dlatego z niecierpliwością wyczekiwano posiłków, które miały uzupełnić skład 36. Pułku. 13 sierpnia rano 1. i 2. Kompania ochotniczego 236. Pułku, dowodzona przez porucznika Stanisława Matarewicza i podporucznika Mieczysława Słowikowskiego, razem z kapelanem Ks. Skorupką wyruszyły na front, by dołączyć do oddziałów broniących wejścia do Warszawy do strony Pragi.” (Ks. dr Józef Maria Bartnik SJ, Matka Boża Łaskawa ..., str. 207)
Dalszy los Ks. Ignacego Skorupki jest powszechnie znany. Za Ks. Bartnikiem dodam tylko, że jego wkroczenie do akcji bojowej z krzyżem w ręku, powstrzymało chaos i załamanie polskiego kontraatku, zarządzonego przez ppłk Jerzego Sawickiego.
Kolejny ważny epizod bitwy warszawsko-radzymińskiej to samowlona akcje por. Pogonowskiego: „Była głęboka noc, straże bolszewickiej 27 Dywizji wyraźnie widziały łunę świateł nad Warszawą – miały przez oczami prawie osiągnięty cel wielomiesięcznej marszruty! O zajęcia stolicy Polski, Paryża Wschodu, dzielił ich czas nocnego wypoczynku. ... Nagły brawurowy atak ludzi Pogonowskiego (porucznika piechoty, który, wbrew rozkazom dowództwa, poprowadził swój oddział między 3 a 4 godz. w nocy 15 sierpnia do niemal irracjonalnego ataku na Mostki Wólczański i Wólkę Radzymińską) wywołał nieopisany popłoch wśród śpiących i niespodziewających się niczego bolszewików. Wywiązała się zacięta walka, w rezultacie której sołdaci nie tyle się wycofali, ile uciekli z pola walki! Nad ziemią radzymińską, ziemią warszawską, wschodził piętnasty dzień sierpnia, uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, niedziela, dzień Pański – pamiątka Zmartwychwastania (Zbawiciela – Magazynier). Szturmując Wólkę Radzymińską, Pogonowski w żaden sposób nie mógł wiedzieć, że atakuje najczulsze miejsce armii rosyjskiej, centrum głównej arterii nieprzyjacielskiego ruchu naprzód. Ta brawurowa samowola (niezrozumiała może i dla samego Pogonowskiego) najwyraźniej miała źródło w natchnieniu Bożym. Porucznik oddał życie na polu walki.” (Ks. dr Józef Maria Bartnik SJ, Matka Boża Łaskawa …, str. 220-221)
Najważniejszy moment tej bitwy opisywany post factum przez krasnoarmiejców, z jednym szczegółem przypominającym do złudzenia obronę Jasnej Góry w 1655 r.: „Bolszewiccy jeńcy wzięci do niewoli (po bitwie warszawskiej 15 sierpnia 1920 – Magazynier) opowiadali, że podczas nocnego ataku Polaków na Wólkę nagle zjawiła się przed nimi, unosząc się wysoko nad ziemią Matier Bożja! Mówili, że niespodziewanie ujrzeli an ciemnym niebie ogromną, potężną i pełną mocy kobiecą postać, od której biło światło. Nie był to ani duch, ani zjawa! Bolszewicy wyraźnie widzieli Świętą Postać jako żywą osobę! Wokół jej głowy jaśniała świetlista aureola, w jednej dłoni coś trzymała, jakby tarczę, od której odbijały się (podkr. - Magazynier) wystrzeliwane w kierunku Polaków pociski, po czym powracały, by eksplodować na pozycjach atakującej armii! Wyraźnie widzieli jak poły Jej szerokiego, granatowego płaszcza unosiły się i falowały na wietrze, zasłaniając Warszawę.
Grozę zjawiska potęgowała asysta Niebiańskiej Osoby. Towarzyszyły jej oddziały przerażających skrzydlatych, konnych rycerzy, zakutych w pobłyskujące mimo ciemności, stalowe zbroje, pokryte lamparcimi skórami. Hufce widmowych postaci najwyraźniej … gotowały się do walki (do szarży – Magazynier)! Trudno się dziwić, że na ten widok bolszewicy nie zdzierżyli i … rzucili się do szaleńczej ucieczki. Nieziemska Osoba wyglądała groźnie, a oddziały skrzydlatych rycerzy stanowiły tak realne zagrożenie, że śmiertelnie przerażeni krasnoarmiejcy w nieopisanej panice rejterowali z pola walki, tak szybko, że nie sposób było ich dogonić!
Szczegóły ukazania się Najświętszej Dziewicy znamy także z relacji świadków pośrednich – mieszkańców wsi, do których dotarli oszaleli z grozy bolszewicy, szukający jakiegokolwiek schronienia. Uciekinierzy byli w stanie szoku nerwowego! Mieli przerażone, wytrzeszczone oczy, szczękali zębami, zachowywali się bezrozumnie, usiłując schować się gdziekolwiek, choćby w psiej budzie! Na klęczkach błagali Polaków o ukrycie, otwarcie przyznając, ze ratują się ucieczką przed Carycą – Matier Bożju!
Ksiądz Wiesław Wiśniewski przekazał nam wspomnienie swego pradziadka Bolesława, mieszkańca wsi Zambrów: Około 20 sierpnia wycofujący się w rozsypce bolszewicy mówili, że do Warszawy szło się im dobrze, jednak miasta nie zdobyli, ponieważ zobaczyli (uwiedieli) nad Stolicą Matkę Bożą i … nie mogli z Nią walczyć! Mówili też, że pod Warszawą KTOŚ zabrał im zdolność dowodzenia i chęć do walki …
Podobne świadectwa dawali krasnoarmiejcy również w innych miejscowościach wschodniej Polski. Nie trudno odgadnąć, kto mógł – nie ziemi radzymińskiej, ziemi wybranej i umiłowanej przez Maryję – pozbawić nieustraszonych dotąd bolszewików zdolności dowodzenia i chęci do walki. Tym kimś mogła być jedynie, i rzeczywiście była Custos Poloniae – Strażniczka Polski, Najświętsza Maryja, Matka Łaskawa!” (Ks. dr Józef Maria Bartnik SJ, Matka Boża Łaskawa ..., str. 222-223)
W innym miejscu O. Bartnik dodaje, że krasnoarmiejcy u boku Matki Bożej widzieli postać Księdza, którą interpretuje on jako Ks. Skorupkę.
Cud na Wisłą, ów faktyczny, maryjny, jest wypełnieniem obietnicy złożonej Polakom przez Matkę Bożą w objawieniu udzielonym Słudze Bożej Wandzie Malczewskiej: "Skoro Polska otrzyma niepodległość, to niedługo powstaną przeciw niej dawni gnębiciele, aby ją zdusić - ale moja młoda armia, w imię moje walcząca, pokona ich, odpędzi daleko i zmusi do zawarca pokoju. Ja jej dopomogę." (str. 218)
Komentarz
Na tym można by skończyć i przejść do komentarzy. Mój komentarz jest nieobowiązkowym dodatkiem. Jest on w zasadzie zbędny, podkreśla albowiem wyraźne detale powyższego opisu: nieletnią, zastrachaną polską armię, pewność siebie moskiewsko-petersburskich bojców, gnanych nie tylko terrorem w szeregach Czerwonej Armii, ale i dosłownym głodem i nieprawdopodobną nędzą. Dotyczy to przede wszystkim ochotniczej piechoty. Konarmia Budionnego to co innego. W Lewa wolna Józef Mackiewicz kreśli nam ciekawy obraz stanu bolszewickich rekrutów piechoty zakwaterowanych w Wilnie w 1920 r.: „Przysłali … 'pułk' (mówi z ironią tow. Bułacel do Jana Wintowta, Polaka w szeregach bolszewickich). Bez butów i broni. Diabli wiedzą kto kazał wyładować go w Wilnie i umieścić w Ignatowskich koszarach ... Wydają im po dwa funty czarnej mąki, bo jak wiecie nie mamy piekarń, po jednym śledziu na dwóch, no garść tam jakąś cukru i surogat herbaty z prasowanej marchwi. Więcej nie ma nic.” (Lewa wolna, Kontra, Londyn, 1994, str. 332)
Wintowt wchodzi do koszar Ignatowskich: „To, co zobaczył, przeszło jego pesymistyczne oczekiwania: miał przed sobą bosą, obdartą, wyuzdaną bandę, tyle że pijaną. A raczej pijaną nie wódką, lecz wściekłością. Straszne przekleństwa, najohydniejsze wymysły pod adresem władzy, wrzask i brud. Nawet pod gołym niebem wisiał tu między budynkami smród kału i uryny. … Ot zaraz rozwalimy do j… maciery te zaje... bramy! I rozniesiemy tych twoich czekistów k czortowej maciery! (Wintowt odpowiada) Towarzysze! Czyż rewolucję robi się od razu?! Z nieba nie spada! Pomóżcie ją sami robić … (Odpowiedź) A na ch... nam twoja rewolucja! Nam chleba trzeba, nie rewolucji! (Wintowt) Czyż w carskiem armii tak trzymano żołnierzy? (Odpowiedź) W dupę sobie wsadźcie wasze hasła! Bez butów, z jednym śledziem! … Wintowt wycofał się za bramę … Czekiści, uzbrojeni w karabiny, 'Nagany' i granaty ręczne, patrzyli na niego spode łba.” (str. 333-334)
A więc mamy już czekistów czuwających na straży „rewolucyjnej dyscypliny”. Możemy spokojnie założyć, że bunt ten źle się skończył przynajmniej dla niektórych uczestników z koszar Ignatowskich. Dalej możemy również założyć, że małe oddziały Czeka, nawet kilkuosobowe, umieszczone w newralgicznym punktach, z tyłu, za nacierającymi krasnoarmiejcami, stanowiły o „mocy” i „heroizmie” bolszewickiego żołnierza już wtedy. Nie wiem, czy miały do dyspozycji ciężkie Maksymy, jakimi posługiwała się w tym samym celu Smiersza w czasie kontrofensywy sowieckiej w 1943 r., ale w 1920 r. w zasadzie kilka Mosinów i kilka granatów wystarczyło. Być może wystarczyło samo pojawienie się takich oddziałów w obozie przed bitwą. Lub nawet sama pogłoska o ich obecności. Nie rokowało to dobrze nawet dla manewru oskrzydlającego armii Józefa Piłsudskiego, manewru w zasadzie oczywistego, jak to podkreśla Mackiewicz odbierając mit genialności Marszałkowi, narzucającego się doświadczonym dowódcom, takim jak Rozwadowski czy Weygand czy komukolwiek ze sztabowców patrzących na rozkład pozycji bolszewickich. Chodziło tu o oczywiste puste miejsca. Podobnież i Tuchaczewski zaraz po klęsce warszawskiej konsultuje z Leninem i planuje kolejny manewr oskrzydlający polską armię. Zaraz po klęsce! Kontratak polski nie jest dla niego problemem. Problemem staje się kompletne rozbicie ducha bojowego ujawniające się stopniowo. Rozbicie Armii Czerwonej pod Wieprzem nie jest zasługą Marszałka Piłsudskiego, który sam notuje niezrozumiałe dla niego odwrócenie ról. Pisze iż był jak we śnie. Faktycznie manewr oskrzydlający mógł zmusić bolszewików do wycofania się, być może rozbiłby jedność frontu. Lecz mógł również nie powieść się z racji nieopierzenia młodocianej polskiej armii. Nawet w przypadku zwycięstwa - które z pewnością, bez maryjnej interwencji radzymińskiej, okupione byłoby wielkimi stratami po naszej stronie - sowieci dokonaliby, za kilka tygodni lub miesięcy, przegrupowania i kontrataku, mając niewyczerpane zaplecze tzw. zasobów ludzkich, niewolniczej siły roboczej, w tym wypadku militarnej, uzbrojonej w cokolwiek (w młoty i sierpy), mogąc liczyć na pożyczki na broń od dyskretnych mecenasów rewolucji, o których wspomniałem w poprzednim swoim tekście, i ostatecznie polegając na „mocy rewolucyjnego heroizmu” w dłoniach Czekistów czujnie wypatrujących dezerterów i zdrajców w szeregach bohaterskiej armii bolszewickiej.
Potrzebna była moc większa i uderzenie w owe oddziały „motywacyjne”, których polscy, nieopierzeni chłopaczkowie zastraszyć nie mogli. A nawet legionowe wiarusy, zaprawione w bojach, nie byli tego w stanie dokonać. Oddziały „dyscyplinujące” były bowiem nieugięte mocą swego wybraństwa, nadto oddzielone od nieprzyjaciela szerokim szpalerem mięsa armatniego. Uderzenia takiego mógłby dokonać być może Kard. Riechelieu, znanymi sobie działaniami oskrzydlającymi w wymiarach nieprzewidywalnych nawet dla Trockiego. Niestety w owym czasie był poza zasięgiem polskiej a nawet kościelnej dyplomacji. Choć też nie mamy pewności, czy coś by wskórał. Był przecież specjalistą od operacji długofalowych, obliczonych na dekady, zaś tu sprawy decydowały się ciągu miesięcy, a potem, gdy rewolucja przyspieszyła, w ciągu godzin i minut.
Przyznaję, moja ironia jest tu nie na miejscu. Stajemy bowiem wobec wielkiej tajemnicy, tajemnicy ukochania przez Maryję Łaskawą naszej stolicy, ziemi radzymińskiej i całej Polski, łącznie z jej kresami. Złamania tajnej broni bolszewickiej mogła dokonać tylko Ona, Hetmanka rycerstwa polskiego i hufce niebieskiej husarii.
Po bitwie warszawskiej, młoda polska armia faktycznie walczy i zwycięża, według słów które usłyszała Wanda Maria Malczewska, w imię Maryi, ale raczej dzieje się to po zwycięstwie, po rozpędzeniu armii Tuchaczewskiego. Chronologia nakreślona w objawieniu Malczewskiej jest w zasadzie jej interpretacją tego, co uszłyszała. Wszak nie notowała słów Maryi w trakcie objawienia, lecz po. Wszystko jednak zgadza się. Polaków wspomaga Matka Boża, według Jej własnych słów, wspomaga interwencją, która przechyla szalę tego zmagania, szalę agonu o skali wykraczającej daleko poza lokalny i naturalny wymiar. Piłsudski i inni dowódcy polskiej armii są tylko narzędziami w rękach Bożej mocy.
I patrzcie państwo, żywe, ucieleśnione roty dusz husarskich, dusz stanowiących o militarnej potędze Rzeczypospolitej w XVII w.. A jednak wojacy dobrej sprawy idą do nieba, być może via czyściec, ale do nieba.
Kolejny tajemniczy wątek w tej historii to powszechna panika pośród krasnoarmiejców, w takim razie również w szeregach Czeka. Nie słychać nic było o rewolucyjnych egzekucjach po tej masowej dezercji z pola walki. Tuchaczewski, Stalin i Budionny dalej katulali swoje partyjne kariery. Podobnie Dzierżyński, ówczesny komandir Czeka. Nadto czemu naukowo uświadomeni, nieustraszeni bojcy nie mogli sobie po prostu oglądać niebiańskiej wizji jako ciekawej, choć zabobonnej, projekcji kinowej, jakiejś sztuczki podstępnych interwentów? Skąd ta panika? Po pierwsze z terroru Czeka, z zastraszenia czekistowskim naganem (sic! Czyżby jego nazwa pochodziła od słowa „nagana”, kara?), Mosinem i granatem ręcznym, oraz domową nędzą, dosłownym głodem, pchającym rosyjskich biedaków do grabieży na ziemiach obszarników i burżujów, zaś w samej Rosji do buntów przeciw władzy ludowej, którą tak ochoczo nie dawno wsparli. Pokłady lęku zalegające moskiewską duszę (moskiewsko-petersbursko-nadwołżańsko-syberyjską) ujawniają się nagle, gdy sumienia bojców zostają nagle przebudzone przez „światłość z wysoka”. Jeśli Matka Boża jest Łaskawa, jeśli jest Matką Miłosierdzia, czemu nie porzucają oni swojej broni i nie uciekają się pod jej dobrotliwą obronę? Nie czynią tego z powodu stanu swych sumień zbrodnią, z powodu udziału w grabieżach i mordach, z powodu nienawiści, która przyjęli jako swoją, w skrócie z powodu piekielnej infekcji. Ta, która jest doskonałym odbiciem Miłosierdzia Jej Syna, komunikuje samą swoją obecnością dobroć i realność Stwórcy, Logosu, Zbawcy, Jego Ducha. To tak jak z Przemieniem Pańskim: oblicze i szaty Zbawiciela emanują życiodajnym dostojeństwem Jego bóstwa i czystością Jego ludzkiej duszy. To nie żaden trick, to jest rzecz „naturalna” w rzeczywistości nadnaturalnej. Nieczyste sumienia bolszewików, tak jak duchy piekielne, muszą uwierzyć, ale wierząc drżą z lęku przez dobrem, które znienawidzili.
A przecież kilkadziesiąt tysięcy rosyjskich żołnierzy dezerteruje z Armii Czerwonej na dobre. Wolą nędzę i choroby w polskich obozach jenieckich od nędzy i głodu w sowieckim "raju na ziemi". Nie bez znaczenia jest to, że odżywa w nich prosta wiara w dobroć Boga, najwyraźniej obecnego w Polsce w osobie Jego Matki.
Dlaczego ośmieliłem nazwać Cud nad Wisłą zstąpieniem na bezdroża? Zstąpieniem Matki Bożej i Jej Syna w swoim Mistycznym Ciele na bezdroża polskiej niepodległości. Z powodu politycznych problemów w zasadzie zubażających Polskę w w 20-leciu międzywojennym, aż do technicznego niedorozwoju polskiej armii wobec technicznej przewagi niemieckiej machiny wojennej w 1939 r. Również dlatego, że fałszowanie prawdy o jej interwencji zaczyna się pod władzą sanacji. W swoim opracowaniu Wojna w roku 1920 Lucjan Żeligowski nawet nie zająknął się na temat interwencji Maryi Łaskawej: http://dlibra.umcs.lublin.pl/dlibra/docmetadata?id=14050&from=publication. Dla niego kluczowym zwrotem w działaniach wojennych jest zniszczenie sowieckiej dyspozytorni w Wólce Radzymińskiej przez por. Pogonowskiego. Owszem jest to ważna akcja, lecz dyspozytornie można odtworzyć w innym miejscu, a zatem akcja Pogonowskiego nie była ciosem w serce Armii Czerwonej.
Nadto Polscy socjaliści, kryjący rewolucyjną naturę swojej misji pod przykrywką haseł niepodległościowych, a potem za Majestatem Rzeczypospolitej, przede wszystkim korzystają ze zdobytej władzy, ale poprzez nią z jednej strony inicjują ważne przemysłowe przedsięwzięcia (port gdyński, dąbrowski okręg przemysłowy); z drugiej strony na mocy zdobytej władzy, zezwalają na niszczenie polskiego rynku przez dewastatorów gospodarczych uciekających przed zachodnim prawodawstwem na młody, przekupny, jeszcze nieuregulowany rynek polski; nadto w majestacie prawa dokonują poważnych nadużyć wobec rodzimej ekonomii w zasadzie w interesie zewnętrznych organizacji finansowych, np. zadłużenia polskich finansów we włoskich bankach przy okazji reformy walutowej Grabskiego; lub przymusowej parcelacji majątków ziemskich, zubożającej ziemian, opierających się uzależnieniu od zewnętrznych organizacji finansowych. Parcelacja zubaża także samych włościan nie potrafiących czerpać długofalowych zysków z nowopozyskanej ziemi. Czyni ich niewolnikami systemu bankowego rodzimego i zewnętrznego. Na polskiej rewolucji, rzekomo niepodległościowej, korzystają finansowi potentaci globalni. Jak informują nas współczesne analizy historii gospodarczej – mimo iż nieco powierzchowne, o rozpoznawalnym, politycznym nachyleniu (Song Hongbing, Wojna o pieniądz), to jednak będące pierwszym krokiem w kierunku realizmu historycznego na tym polu – ostatecznie globalni lobbyści finansowi doprowadzają, metodą działań pośrednich (efekt domina), do likwidacji tzw. II Rzeczypospolitej w 1939 roku.
Użycie przez mnie słowa bezdroża wynika również z apologii jakoby religijnego na swój sposób Marszałka Piłsudskiego, którą znajdujemy w książce O. Bartnika. Owszem Jakiś sentyment do Matki Ostrobramskiej Marszałek kultywował, lecz nie mam pewności że można to nazwać religijnością, nie zaowocował albowiem ani praktyką spowiedzi, ani nie uchronił go przed rozwodem, ani nie przyniósł współpracy z Kościołem. Nadto wbrew własnym tezom, O. Bartnik twierdzi, że manewr wieprzański był tak samo ważny jak interwencja Matki Bożej. Innym powodem określennia jej jako zstąpienia na bezdroża jest naiwność i braku wiedzy, bądź co bądź, elity intelektualnej polskiego powojennego katolicyzmu (po 1945 r.) - z wyjątkiem takich gigantów jak Kard. Wyszyński - braku wiedzy potrzebnej do odtworzenia realnych proporcji między politycznymi graczami zarówno w czasie „wybicia się na niepodległość”, jak i zwycięstwa nad Armią Czerwoną, i w 20-leciu międzywojennym.
Dzisiaj natomiast, znowu, obym się pomylił, polskie media, jakoby prawicowe (nie mówię o katolickich), zamiotą pod dywan objawienie Maryi Łaskawej jako decydującą siłę w starciu warszawsko-radzymińskim. (Tekst ten opublikowałem ponad tydzień po jego publikacji w Szkole nawigatorów, ale niestety oprócz Frondy i Naszego Dziennika i klasycznych kościelnych periodyków, o maryjnej interwencji nad Wisłą w czasie bitwy warszawskiej wspomniał tylko nasz Prezydent. Proszę mnie poprawić jeśli się mylę.)

środa, 7 sierpnia 2019

Co się zdarzyło w Białymstoku 20. 07. 2019 według Rafała Betlejewskiego

Autorem tego filmu jest Rafał Piotr Betlejewski, tzw. performera wylansowanego przez Ewę Wanat i środowisko związane z Gazetą wyborczą, artysta parateatralny, cokolwiek mogłoby to znaczyć.
P. Betlejewski był również inicjatorem bardzo wzruszającego projektu Tęsknię za Tobą, Żydzie. Przybrał on postać przede wszystkim happeningu z 11 lipca 2010: pod nazwą 'Płonie stodoła'. Betlejewski podpalił we wsi Zawada specjalnie na ten cel wzniesioną stodołę, w której najpierw umieścił symboliczne białe kartki od osób, którym 'ciążą nieżyczliwe myśli w stosunku do Żydów'. ... Betlejewski nazwał to zdarzenie akcją konfesyjną i ekspiacyjną.” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Rafał_Betlejewski) Domyślam się, że raczej chodzi tu o wszystkie frustracje związane z udziałem komunistów żydowskiego pochodzenia w rosyjskim i polskim systemie przemocy jakoby państwowej. Czy zatem owe białe karteczki mieli wkładać również Żydi ortodoksyjni prześladowani przez bolszewików i polskich stalinowców, komunistów narodowych itp.? Czy może raczej inteligencja żydowskiego pochodzenia, jak np. Marian Hemar, krytykująca ideologię marksistowską jeszcze w Polsce 20-lecia międzywojennego?
W 2016 r. stworzył on tzw. Prowokacje, w których nagrywał rozmowy kwalifikacyjne z bezrobotnymi wraz z propozycjami pracy o charakterze przestępczym, rzecz jasna, za sowitą opłatą. No cóż. Kto prowokacjami wojuje, ten od dowodów ginie. P. Rafał przegiął do tego stopnia, że nagle otrzymał od zdecydowaną naganę nawet od Gazety wyborczej: http://wyborcza.pl/1,75398,20744962,prowokacje-betlejewski-proponowal-zdesperowanym-ludziom-przestepcza.html . Ale pocieszę państwa, krytyka była zawarta tylko w tytule, bo już w pierwszych akapitach został on przedstawiony jako empatyczny publicysta zatroskany cierpieniami bezrobotnych. Tak iż dalsze zarzuty straciły moc, zaś jego ostateczne przyznanie się do winy, według techniki 3 w jednym (podejrzenie-oskarżenie-wyrok), czyli przyznanie się poprzez rzucenie na siebie podejrzenia: "Być może przekroczyłem zasady", w zasadzie było już tylko samo-rozgrzeszeniem, bo ten, który oskarża i wydaje wyrok, władny jest również uniewinnić, nawet samego siebie, a może zwłaszcza siebie samego. 
Film zamieszczony na początku tego tekstu jest bardzo interesującym dokumentem propagandowym, warto go czym prędzej streścić i zgrać, jeśli ktoś potrafi. Może on bowiem w każdej chwili zostać usunięty na żądanie liderów opozycje totalnej. Ponieważ bezpośrednio ilustruje on technikę fałszywego oskarżenia, które jednocześnie jest wyrokiem, technikę stosowaną często przez środowiska inspirowane tekstami z Gazety wyborczej. 
A więc, co widzimy w tym filmie. Najpierw widzimy bp Henryka Ciereszkę, obecnie biskupa pomocniczego w Białymstoku, teologa, który przyczynił się do beatyfikacji bł. Michała Sopoćki. Dla przypomnienia ks. Sopoćko był spowiednikiem św. Faustyny Kowalskiej. Pomimo niebotycznych trudności, doprowadził do akceptacji kultu Miłosierdzia Bożego przez Kościół, był też twórcą teologii Jezusa Miłosiernego. Na początku filmu słyszymy również głos prawdopodobnie p. Betlejewskiego: „Uwaga, będzie drastycznie”. Następnie przedstawia on nam biskupa Henryka z teatralnym podkreśleniem wszystkich jego tytułów. Zatem mamy postawioną tezę wywodu, choć jeszcze niejasno, mianowicie tą, że drastyczność będzie dotyczyła tej osoby, bp Ciereszki. Napis zaś głosi, iż widzimy ks. biskupa w czasie pogromu. Chodzi tu o pogrom dokonywany na ludziach z parady równości. Kilka dni po tych wydarzeniach zastanawiać się możemy, czy aby p. Betlejewski był rzeczywiście w Białymstoku, bo jak dotąd żadne doniesienia nie potwierdziły jego donosu na temat pogromu. Prasa informuje tylko o 84 aresztowanych za zakłócanie porządku. Nie ma nic o ofiarach śmiertelnych, które niezbędne są dla określenia tych zajść jako pogromu. 
„Gdy hordy bandytów biją bezbronnych ludzi”, mówi dalej komentator, „ks. Biskup przechadza się pośród wiernych i normalnych na pikniku rodzinnym dla katolickich rodzin, rzecz jasna.” Co na to aktywiści LGBT? Czy bezbronni, jakoby bici, ludzie z ruchu tęczowego są nienormalni?
Nadto p. Betlejewski nie tłumaczy w ogóle, że pałac Branickich wraz z placem jest oddzielony od ul. Piłsudskiego, którędy przeszedł Marsz Równości, wielką przestrzenią, drzewami i ogrodzeniem. Jego własne nagranie potwierdza, że albo odległość czasowa między tymi zgromadzeń albo geografia miasta skutecznie oddzielały piknik rodzinny od Marszu Równości. Nie słychać nawet w tle jego nagrania żadnych odgłosów zamieszek. Czyżby były one aż tak minimalne? Są tylko migawki z odstraszania kibiców przez policję, przepychanek z nimi. Czyżby kamerzysta p. Betlejewskiego posiadł zdolność pojawiania się w dwu miejscach naraz?
P. Betlejewski mówi dalej, że w tym czasie przed katedrą trwają modły przebłagalne za upokorzenie homoseksualizmem. Określenie to zapewne jest dla niego jednym z ościeni wywołujących tęczowe, „święte” oburzenie. Ponieważ słowa prowadzącego różaniec na temat grzechu sodomitów nałożone się na obraz jednej z bohaterek tego nagrania, matki transseksualnego chłopca, która za chwilę będzie rozmawiać z bp Ciereszko, osoby prawdopodobnie wprowadzonej w tok filmu i w piknik rodzinny przez samego autora tej relacji. W krótkim apelu pod tym filmem prosi o pomoc w stworzeniu filmu o dzieciach trnaseksualnych. „Ta pani to Dorota”, dowiadujemy się za chwilę, „mama transpłciowego Bartka, katoliczka”. Zgaduję, że p. Dorota znalazła się na pikniku rodzinnym pod jakimś przymusem. Czyżby zmusił ją do tego p. Betlejewski? Słowa o grzechu sodomitów musiały ją zranić z racji jej transseksualnego syna. Ale pytanie, czy transseksualizm faktycznie wymusza stosunki homoseksualne. Są przecież terapeuci którzy zajmują terapią osób z problemami homosekskualnymi i transseksualnymi. I mają w tym duże osiągnięcia.  
Narrator dziwi się, że Ks. Dębski, asystent bp Henryka, nazwany tu bodygardem biskupa, zgadza się na rozmowę pani Doroty z bp Ciereszką. Niestety słyszymy tylko fragment tego dialogu. P. Betlejewski stara się za wszelką ceną rzucić owe oskarżycielskie podejrzenia właśnie na ks. Dębskiego, pokazują jego tors, którym jakoby zagradza dostęp do hierarchy, jak również na bp Ciereszkę, który spokojnie sobie rozmawia z p. Dorotą w czasie, gdy tuż obok toczy się jakoby dramat, tragedia pogromu, którego w istocie nie słychać. Jest to metoda odgapiona ze słynnego swego czasu dokumentu, filmu nakręconego przez żydowskich dokumentalistów na temat dzieciństwa i młodości św. Jana Pawła II. W pewnym fragmencie tego filmu autorzy oskarżyli go o obojętność wobec tragedii Żydów w getcie krakowskim w czasie dramatycznych wysiedleń w 1942 roku celem których była ich eksterminacja w obozie w Bełżcu. Młody Wojtyła miał przechodzić obok murów z całkowitą obojętnością wobec losu Żydów.
Czujność p. Betlejewskiego uśpiona spokojnym dialogiem bp Ciereszki z p. Dorotą nagle trafia na niespodziewaną przeszkodę, którą przypisuje złośliwości ks. Dębskiemu. Ten bowiem miał w owym momencie napuścić na jego kamerzystę „wściekłych emerytów”. Ale przecież wolno było asystentowi hierarchy zabezpieczyć jego spokojną rozmowę, z pewnością ważną dla p. Doroty, przed wścibskim okiem kamery. Wygląda na to, że bogactwo „literackiej wyobraźni” p. Betlejewskiego jest porażające. Niestety utwierdza mnie ono w przekonaniu, że w końcu ten gniot zostanie usunięty z sieci. Patrzmy więc dalej. P. Betlejewski próbuje ratować sytuację, czyli zepsuć świadectwo kultury dialogu bp Ciereszce, apelując o ratunek dla atakowanego kamerzysty, w którym jakoby uczestniczy ks. Dębski wraz ze swoją ozdobną spinką. Mało przekonujące.
Bp Ciereszko zachowuje się doskonale. Podkreśla wagę rozmowy z p. Dorotą, z osobą która potrzebuje uzdrawiającego dialogu. P. Rafał zaś sam podsuwa nam w konkluzji swego filmu kontrast między rozumną empatią bp Henryka a własnym potraktowaniem p. Doroty i jej syna jako narzędzi propagandy. Dalsze beznadziejne bonmoty, którymi p. Betlejewski próbuje ratować swoją narracją, nie zasługują nawet na pobieżne streszczenie.
Mili państwo, czuję się w tym momencie całkowicie pokonany na polu złośliwości. P. Betlejewski jest bezkonkurencyjny w tej dyscyplinie. Słuchając narracji p. Betlejewskiego stwierdzam, że tak naprawdę ja nie wiem, co to jest złośliwość. Jego jadowita podejrzliwość bije wszelkie rekordy.
Dalej p. Betlejewski pozwala wypowiedzieć się białostockiemu duszpasterzowi na temat istoty i mocy Chrześcijaństwa, jego wolności wobec przemocy, jego uzdrawiania chorego, pogańskiego świata, wprowadzaniem wewnętrznej wolności i realnego dobra. Cóż za karygodny błąd! Sponsorzy z pewnością są niezadowoleni. Nawet sekwencja z osiłkiem z czerwonym krzyżem na koszulce maszerującym ospale wzdłuż kordonu policji na tle słów bp Ciereszki nie pomaga. Wręcz czegoś dziwnie podkreśla zbawienną moc Chrześcijaństwa. Osiłek wszak jest pełen mocy i razem spokojny, wolny od agresji. Owoż i doskonały obraz Chrześcijaństwa kroczącego przez dzieje pomimo pogańskich kordonów, jakby obchodzący je bez rozlewu krwi.
W takim ujęciu wulgarne okrzyki kibiców to całkowity kontrast, przeskok do świata zagubionych pogan. W żadnym momencie nie kojarzą się z przesłaniem bp Ciereszki. Nie ma znaczenia, że p. Betlejewski chce pokazać ich jako rzekomych chrześcijan. Poprzedni jego obraz zmienia znaczenie tej narracji. Owszem za pierwszym razem, przy pobieżnym odbiorze, znaczenie podyktowane techniką podejrzliwości jest czytelne, ale przy drugim i trzecim ono słabnie. P. Betlejewski jest słabym narratorem, nie jest w stanie utrzymać linii własnej narracji.
Przeskakuję kilka sekwencji do momentu, gdy p. Betlejewski wraca do pikniku i oświadcza że „pierwszy raz widział taką dzicz, taką agresję w imię Boga”. No cóż. Sęk w tym, że oglądający ten film nie widzieli ich. Owszem mogli ją widzieć tylko obdarzeni "bogatą litracką wyobraźnią", którzy narracji podejrzliwości wierzą ślepo, wprzęgnięci w hierarchię pogardy, którzy bardzo chcą zobaczyć „dzicz i agresję” tam, gdzie ich nie ma, w Kościele reprezentowanym przez bp Henryka. „Jak to można podsumować?” pyta się p. Betlejewski, „piknik rodzinny obok pogromu ...” itd. Podsumowanie jest bardzo proste: paranoja i nieudolność.
W swoich wcześniejszych projektach parateatralny, pan Betlejewski tylko nieśmiało zarysował technologię podejrzliwości. Zauważmy, że "Spalanie stodoły" nawiązujące do tragicznych wydarzeń z Jedwabnego w 1942 r. określił jako ekspiację, czyli zadośćuczynieniem. Zgaduję, że miał on na mysli ekspiację za antysemityzm w środowisku Gazety wyborczej, w formie uporczywego kompromitowania grup związanych z polskimi Żydami, za akty kompromitacji przeszłe i planowane, przyszłe, tak na wszelki wypadek. W zasadzie technika zaprezentowana w najnowszym jego filmie, uporczywe wmawianie winy ludziom niewinnym, nasuwa skojarzenia z doklejeniem pejsów słynnemu już na cały świat pruchnickiemu Judaszowi, który nigdy w historii Pruchnika, ani żadnego inneg podkarpackiego miasteczka, pejsów takowych nie miał. Czy jest to możliwe, że ów pomysł wyszedł z „pracowni” p. Betlejewskiego? Tego nie wiemy. Ale przypomnina ten sam styl uporczywej podejrzliwości, ignorującej wszelkie fakty historyczne.  
W filmie z Białegostoku p. Betlejewski podniósł na szczyty absurdu technikę upokarzania swoich rozmówców, zapożyczoną od polityków i mediów jakoby broniących demokracji, technikę, w której samo podejrzenie staje się aktem oskarżenia, dowodem i niemal formalnym wyrokiem domagającym się natychmiastowej egzekucji. Mamy tu przykład wybujałej podejrzliwości, która przekroczyła już barierę paranoi. Na podobieństwo gnostyckiego węża, który zjada własny ogon, ogłasza ono, iż dzisiejsi propagandyści, tęczowi i socjalistyczni, nie mają już dziś nic do powiedzenia normalnym ludziom. Mogą tylko tworzyć fikcyjne horrory. Współczuję. Kto kłamstwem wojuje, od paranoi ginie.
Nasuw się też wniosek, że w całej tej aferze, w tych nieudanych w sumie prowokacjach (zarówno w pozwoleniu na Marsz równości jak i w filmie p. Betlejewskiego) chodzi o atak na Kościół w Białymstoku. Na oryginalne przedsięwzięcie, zapoczątkowane przez biskupa seniora, ks. Stanisława Szymeckiego na fundamencie świadectwa bł. Michała Sopoćki, przedsięwzięcie, które z wielką odwagą i nadzieją wprowadza nową jakość, moc Miłosierdzia w przestrzeń publiczną. Jego istotę krótko przedstawia Bp Ciereszko w nieocenzurowanych fragmentach tego filmu. Dawny Ordynariusz Białegostoku bp Szymecki nadał mu nazwę „Białystok miasto Miłosierdzia”. Oprócz Podlasian, i nie mam tu na myśli kibiców, którzy przyszli zamenifestować swoją niechęć przede wszystkim do policji, tak więc oprócz wierzących Podlasian sprzeciwiajacych się rewolucji obyczajowej, program „Białystok miasto Miłosierdzia” jest głównym celem tego ataku. Miłosierdzie bowiem nie kłóci się ze sprawiedliwością, udoskonala ją. Ona zaś stawia wysokie wymagania osobom sprawującym urzędy publiczne. Przez prosty konstrast pokazuje brak miłosierdzia i razem sprawiedliwości w manipulacjach prawem, propagowaniu absurdów, naruszaniu dobra, wmuszaniu nienaturalnych zachowań obyczajowych .
Zobaczmy jeszcze film z przemarszu uczestników pikniku rodzinnego spod kościoła św. Rocha na plac przed pałacem Branickich:

Inny film z angielskim podtytułem pokazuje, że agresorami w czasie owego Marszu Równości byli młodzi mężczyźni w większości kibice, którzy nie tylko chceli pokazać niechęć do ruchu LGBT, ale przede wszystkim wrogość wobec policji: 
Porachunki policyjno-kibicowskie, sięgają niepamiętnych czasów i w stolicy i w Białymstoku i wszędzie w kraju, obejmują również niesławne, acz bardzo głośne, tragiczne wydarzenia z Ełku sprzed trzech lat: zadźganie Daniela R. przez tunezyjskiego nożownika w ełckim kebabie w sylwester 2016/2017.
Rzućmy okiem jeszcze na ten film:
Mamy tu do czynienia w zasadzie z agresją prowokowaną nie wiadomo przez kogo. Przepraszam, jednak wiadomo. W 0':33'' widzimy trzech nieokreślonych młodych mężczyzn, jeden z nich w czerwonej bluzce, prawdopodobnie prowokatorów, nieokreślonego pochodzenia, albo zwykłych bandytów albo opłaconych niewiadomo przez kogo instygatorów, mających zachęcać do rozróby, którzy napadają na dziewczynę w jeansowych ogrodniczkach, chyba również z ruchu LGBT, upokarzają ją, ale zdaje się że nie czynią jej krzywdy fizycznej, dość jednak że znęcają nad nią psychicznie. Wcześniej być może to oni szczują zgraję młodych ludzi na jakiegoś uczestnika marszu LGBT. Z pewnością nie są to uczestnicy pikniku rodzinnego ani różańca na schodach białostockiej katedry. Ich ubiór nie pasuje do tych wydarzeń. W obronie dziewczyny staje jakiś przechodzień. Chwała jemu za to!

poniedziałek, 27 maja 2019

Nieśmiertelne dziedzictwo PPS czyli postępowa recenzja filmu „Zmierzch – ofensywa ideologii gender” i kilka słów wstecznej krytyki

https://youtu.be/xGqp6GV7FoI
Dzisiaj, w sobotę, zaraz po premierze głośnego dokumentu przedstawionego w tv Trwam (link na początku tego tekstu), w „natemat” ukazał się ciekawy artykuł, pióra Darii Różańskiej: https://natemat.pl/273737,zmierzch-ofensywa-ideologii-gender-o-rydzyk-puscil-film-o-lgbt-z-klepacka . I muszę przyznać, że oprócz wyraźnych sympatii postępowych i równie zauważalnej niechęci do zacofańców, pani Daria ma całkiem niezłe oko do szczegółów i rzetelność przekazu, która niestety albo na szczęście może zaskarbić jej tylko niechęć jej pracodawców. Pani Dario, tak trzymać! Uczciwie i rzetelnie przedstawiła pani najważniejsze tezy wypowiadających się w tym dokumencie autorytetów, faktycznych, duchowych, intelektualnych i moralnych autorytetów.
No może nie do końca, bo nieco karykaturalnie wyeksponowała ich i naszą obawę przed przemocą ze strony środowisk gejowskich i postępowych. Niestety, pani Dario, jest to obawa uzasadniona, potwierdzona nie tylko doświadczeniem historycznym Kościoła, katolików i Polaków, ale również osobistym, wielu ludzi, ośmielających wyrazić krytykę ruchu gejowskiego, w tym moim. Moje doświadczenie mówi mi wyraźnie, że od promotorów i zwolenników programu genderowego ludzie o odmiennych od nich poglądach nie mogą spodziewać się traktowania sprawiedliwego ani godnego. To samo potwierdza dr Cameron, który doświadczył na sobie kilku aktów perfidnej przemocy i zastraszania, łącznie z anonimowymi groźbami i bardzo „nieekologicznym” mordem na jego domowym kocie, ulubieńcu jego rodziny, gdy zaczął publicznie głosić swoją krytykę instytucjonalnej tolerancji wobec tęczowych orientacji seksualnych, krytykę uzasadnioną badaniami statystycznymi. Pani Daria nieco wykoślawiła akcenty zawarte w filmie, sugerując iż wypowiadający się w nim mają fałszywy obraz środowisk LGBT i wszelkich postępowych, bo przecież, jak możemy domyślać się z sugestii międzywierszowych, geje i lesbijki, transwestyci i postępowi aktywiści, i rewolucjoniści, to też ludzie. Tu jednak zgadzam się, nie protestuję, ludźmi sę "partyjni i bezpartyjni", "zdrowi i chorzy" (niepełnosprawni, czyli jak nauczał tow. Wiesław kalecy), tak jak przestępcy i ich ofiary, jak terroryści i ci, którzy napatoczyli się im na celownik. Dla mnie i zapewne wszystkich czytelników tego blogu, ludźmi są zarówno zacofańcy jak i postępowcy, co według moich długoletnich doświadczeń akademickich i towarzyskich kłóci się z przekonaniami miłośników nowego wspaniałego, genderowego świata, gdyż status człowieka nie przysługuje według nich ludziom, z którymi nie potrafią oni komunikować się, których, z ich spontanicznego punktu, widzenia trzeba od razu zapuszkować do psychuszki.
Nie podoba mi się nieco kołtuński tytuł tego artykułu, „O. Rydzyk pokazał film o 'ludziach opętanych seksem'”. Że uwaga twórców tego filmów skupia się na ludziach opętanych seksem, to jest fakt. Twórcy genderu to w znakomitej większości seksoholicy o upodobaniach różnych i różnistych. Jako młoda niewiasta, pani Daria może tego nie rozumieć, ale tak to już jest. Jednak O. Tadeusz Rydzyk, choć jest ważną postacią w swoim środowisku, nie on jeden decyduje o tym, co się „pokaże” w tv Trwam. Sformułowanie nawiązujące do bajki o imperium O. Rydzyka, do jego absolutnej władzy nad inicjatywami, które współtworzył, jest właśnie kołtuńskie, podobnie jak wyeksponowanie obecności Zofii Klepackiej zdobywczyni złotego medalu w brytyjskich zawodach windsurfingowych. Czemu kołtuńskie? Ponieważ od czasu zakwestionowania tzw. warszawskiej deklaracji LGBT+, wypromowanej przez p. Trzaskowskiego i p. Rabieja, stała się ona rozpoznawalnym targetem postępowego hejtu, podobnie jak O. T. Rydzyk od czasu stworzenia owego mitu o jego imperium. Zatem pani Różańska, jakoby profesjonalnie, lecz w sumie kołtuńsko, odwołuje się do owych niskich namiętności targetu czytelniczego „natemat”. Nad tym, pani Dario, trzeba by jeszcze popracować. Albo „profesjonalizm”, czyli inżyniera społeczna, albo rzetelność i uczciwość. Zachęcam do praktykowania tych dwu ostatnich wartości.
Sam film jest świetnie zrobiony. Ze świetnym montażem zdjęć i znakomitymi animacjami. Kompozycja wypowiedzi jest doskonała.
Nie będę przytaczał wypowiedzi cytowanych przez p. Różańską. Jeśli państwo nie oglądaliśce tego filmu, cytaty zawarte w jej artykule, oddadzą wiele z mocy sprawczej tego filmu. Przytoczę tylko to, co jej „umknęło”. A więc Ks. prof. Dariusz Oko trafnie diagnozuje twórców programu gender i całej rewolucji obyczajowej jako ludzi, którzy Boga zastąpili seksem. I to jest ta oczywista puszka pandory, z której odwrócenie porządku bytowego wydobywa moce destrukcyjne. Ks. prof. Tadeusz Guz wskazuje na błąd materializmu leżący u podstaw genderu. Jeśli jesteśmy tylko biologicznymi maszynami, kwestia tożsamości psycho-erotycznej jest sprawą dowolną. Biologiczna maszyna o cechach żeńskich może „wybrać” sobie gender, rodzaj męski. Tyle że maszyna bilogiczna nie wybiera, nie ma wolności. Wolność zewnętrzna, jako kilka możliwych zachowań, nie jest wolnością wolnej woli, ale układem zewnętrznych okolicznościami. Jest to bardzo charakterystyczne, że postępowi miłośnicy ludzkości tak naprawdę traktują realne osoby ludzkie jako bydło przeznaczone do niewoli.
I tu trzeba nawiązać do wypowiedzi Pani Aldony Ciborowskiej, doktora nauk prawnych, która bardzo celnie wskazuje na to, iż celem genderu jest nowe niewolnictwo. Człowiek pozbawiony takich wartości jak wiara, rodzina, kultura duchowa, Kościół, dystans do swoich naturalnych namiętności, będzie po prostu niewolnikiem swoich instynktów, nałogów, konsumpcji i okazji jakoby ekonomicznych, stwarzanych przez tzw. finansjerę. O uwarunkowaniach ekonomicznych, o ile pamiętam wspomina jeszcze tylko Ks. Guz.
I tu jest pewien mankament. Nie taki wielki znowu, ale dla mnie wiele znaczący. Jako katolicy, studiujący doktrynę Kościoła, jako pisarze akademiccy i publicyści, jako po prostu ludzie myślący, my zacofańcy jesteśmy bardzo dobrzy w apologetyce i sporach doktrynalnych. Dlatego, że twórcą tej doktryny jest Logos wcielony, Zbawca, moc i mądrość Boża. To jest proste, bo w Jego Słowie działa Jego moc. Fascynacja geniuszem Boga jako Stwórcy i jako Zbawcy, nauczyciela sumień, często odbiera nam kontakt z rzeczywistością bardziej przyziemną, że tak powiem, kryminogenną, ze zwykłą grą zwykłych namiętności i niezwykłej zaradności (chytrości) eksplodujących, gdy grzesznicy, czasem nawet wychowani w wierze (np. Jakub Fugger bankier i sposnor Ferdynanda I Habsburga), stają się właścicielami nie tylko ogromnych fortun, ale przede wszystkim władzy nad dynamiką wielkich pieniędzy, zdolnych zasilić budżety państwowe, czyli kasę organizacji politycznych, i bankowe, czyli kasę organizacji finansowych. I nie chodzi tu tylko i po prostu o kilkunastu zerowe konto, bo to może nic nie znaczyć, ale o kontrolę nad emisją pieniądza i nad kolejką wielkich i możnych pożyczkobiorców. Te dwie bowiem funkcje decydują o globalnych wpływach ekonomicznych. Zwłaszcza popyt na usługi finansowe, czyli na pożyczki i wpływy określonego podmiotu. O paradoksie, to również decyduje o wartości tzw. walut, o ich wartości w zasadzie umownej, co histora tzw. frankowiczów dosadnie ilustruje.
Owoż i finansjera, którą wspomina pani Ciborowska i przez ogródek Ks. Guz. Jednak to za mało. Sama wzmianka, że tzw. finansjera macza w tym palce, to za mało. Za mało, by gender przestał być tylko potworem propagandowym, jak najbardziej realnym, zdolnym zrobić z naszych dzieci ludzi poranionych i pozbawionych wolnej woli, ale w sumie niezrozumiałym dla zwykłego niewolnika naszej epoki, zależnego od panującego modelu ekonomicznego. Gender jest propagandą zła, ale jest też dynamiką destrukcji, którą nie da się pokonać innymi narracjami propagandowymi. Słusznie poucza Ks. Oko, że jest on do pokonania mocą prawa, jest bowiem przestępstwem, a nawet zbrodnią wobec wielkich rzesz ludzi.
Genderowcy są rewolucjonistami, czyli najemnikami wielkich organizacji finansowych, ale ani Ks. Oko ani Ks. Guz ani szacowny i kochany O. Leon Knabit nie wytłumaczyli tej zależności aktywistów tęczowych od ich sponsorów. Albowiem mógłby to zrobić albo Hipolit Korwin-Milewski, wielka i wpływowa postać pośród polskiego ziemiaństwa na Kresach na początku XX w. jak i na emigracji, albo Maurycy Małyński, również wybitny ziemianin i wybitny, kontrrewolucyjny pisarz polityczny okresu międzywojennego, albo Edward Woyniłłowicz, dorównującym formatem swoich czynów dwu pozostałym, twórca kresowego Towarzystwa Rolniczego. Albo ich spadkobierca myślowy p. Gabriel Maciejewski, albo dr. Ryszard Mozgol znawca myśli M. Małyńskiego, względnie któryś ze współautorów kwartalnika Szkoła Nawigatorów, np. Jolanta Gancarz, Krystyna Murat, Krzysztof Osiejuk, Jacek Drobny, Wojciech Lipski, Witold Endraszak, Maciej Cielecki i inni, którzy mi wybaczą, że nie wymieniam, ale wystarczy zajrzeć do spisu treści rzeczonego pisma. Nie znam innego środowiska intelektualnego, które tak pogłębiło realną wiedzę na temat mechaniki rewolucji.
Wszystko rozbija się o tę finansjerę. Samo słówko jest zbyt ogólnikowe. By potraktować zagonionych Polaków nieco poważniej, tzw. finansjerę należałoby potraktować z imienia i nazwiska. Planned Parenthood sponsorowane przez Davida Rockefellara, potentaci przemysłu czystej nordyckiej chemii czyli dziedzice producentów oświęcimskiego cyklonu B, Jerzy Soros i jego liczne fundacji, fundacje jawnie i niejawnie sponsorowane przez rozrośniętego nad miarę stugłowego imperatora finansów czyli ród Rotschildów, dalej dziedzice niemieckich Oppenheimerów, von Kruppów i von Zeppelinów, dziedzice włoskich banków, weneckich, lombardzkich i genueńskich. Tych i jeszcze kilku należałoby wymienić jako sponsorów współczesnej rewolucji obyczajowej, by uzmysłowić tzw. przeciętnemu widzowi z jakim zjawiskiem ma do czynienia. Rewolucjoniści albowiem nie są samodzielnymi graczami, jak wynikałoby z wypowiedzi Ks. Oko, celnych i bezdyskusyjnych od strony ideowej, ale niepełnych od strony ekonomicznej. Rewolucjoniści bowiem to gorący kartofel podrzucany tym, na których wypadła kolejka grabieży. Bo i o tym prelegenci nie wspomnieli. Jeśli gender to rewolucja, to u jego podstaw jest plan ograbienia, np. na początku wieku XX ograbienia polskiego i rosyjskiego ziemiaństwa i odebrania polskiemu samodzielności bankowej, ich własnych organizacji finansowych dających niezależność od globalnych banksterów, lub dziś plan ograbienia tzw. klasy średniej świata zachodniego, która już za bardzo sobie pozwala szemrząc przeciw władzy banksterskich potentatów i nadużyciom wielkiego przemysłu, klasy średniej, która wobec miejscowych zapaści globalnej kasy musi stać się zasobem ludzkim, czyli tanią siłą roboczą, czyli dosłownie i brutalnie niewolnikami. Tylko p. Ciborowska i Ks. Guz krótko odnoszą się wprost do powrotu niewolnictwa w 21 wieku. Niestety krótko i nie drążą tego tematu, nie tłumaczą zależności między propagowanie rzekomego szczęścia singli, homoseksów i dewiantów a zapotrzebowaniem korporacji na tanią siłę roboczą i banksterskim pożądaniem nowych dożywotnich pożyczkobiorców, a nawet i pożywotnich, wielopokoleniowych czyli nieustającego dopływ odsetek z pożyczek. Albowiem osoba przytomna swojej godności i interesów swoich bliskich nie będzie się pakowała w niespłacalne kredyty. To zrobi tylko ktoś ogarnięty manią, np. seksulaną. Straciła ona/on bowiem poczucie własnej wolności i żarliwie pragnie zyskać budżet na pogoń za nieistniejącym szczęściem. Rozwiązłość niestety wymaga wciąż nowych nakładów. Tym sposobem tworzy "wieczne" i pozornie niewyczerpane zasoby kasy pożyczanej i czesanej w postaci odsetków „stokrotnie” przewyższających sumę pożyczki. Nadto człowiek bez rodziny nie będzie żądał od pracodawcy korporacyjnego wydatków socjalnych, na jakieś tam trzynastki, festyny rodzinne, ubezpieczenia medyczne społeczne. Nie będzie się interesował swoim prawami obywatelskimi. Wmówi się mu że jest wolnym przedsiębiorcą i sam będzie opłacał swoje ubezpieczenia. 
Dlaczego ma to takie znaczenie dla przeciętnego, goniącego za nędznym groszem Polaka/Polki? Ponieważ daje jej/jemu całościowy obraz sytuacji w jakiej się znalazła/zł. Uzmysławia jej/jemu hiererachię propagowanych wartości. Jeśli chodzi o wybór, do przyjęcia jest tylko propaganda prawdy i dobra. Najpierw wiara, godność własna i ludzi wokół mnie, i wolność wewnętrzna. Potem własna sytuacja ekonomiczna. Potem reszta, niepodległość, konstytucja, itp. Daje to ogromny dystans do ciągle obecnej poPPSowskiej propagandy republikanizmu, propagandy niepodległości zawieszonej tylko na ofierze krwi kolejnych pokoleń Polaków, ofierze realnej i cennej, ale niewystarczającej do wolności politycznej, wymagającej dopełnienia w postaci pracy i wolności ekonomicznej. Propagandowy akcent postawiony na konieczność ciągłych poświęceń  to w zasadzie propaganda socjalistyczna, ukryta nawet we wczesnej narodowej propagandzie, choć to właśnie w późniejszej międzywojennej tradycji endeckiej można znaleźć przykłady realizmu politycznego i ekonomicznego (Zaleski, Doboszyński). 
I na koniec wielka pochwała dla rzeczonego filmu za umieszczenie w konkluzji filmu głosu św. Jana Pawła II z jednej z jego homilii, fragmentu w którym mówi o godności i wielkiej tajemnicy miłości małżeńskiej. Również pochwała za pogłębienie refleksji nad zafałszowaniem praw człowieka przez postępowych najemników genderowych, bo tak ich trzeba nazwać w świetle pełnej wiedzy o ekonomicznej historii rewolucji. Albowiem w sposób niezwykle ciekawy, o ile pamiętam niemal wszyscy wypowiadający się, ukazali w jaki sposób prawa człowieka są dziś używane przeciw człowiekowi. W końcu wielką wartością tego dokumentu, stawiającą nas na gruncie realnym, jest streszczenie tragicznej historii bliźniąt Reimerów, przedstawionej przez Ks. prof. Bortkiewicza, owego mordu założycielskiego leżącego u fundamentów genderu. 
No ale, ktoś zapyta, gdzie tu PPS i jego nieśmiertelne dziedzictwo. Przecież wspomniałem o nim dwa akapity wcześniej. A w sumie jest tego jeszcze więcej.  Jest, zapewniam, że jest, ale w tej sprawie proszę udać się do p. Maciejewskiego, a w zasadzie do jego książki Socjalizm i śmierć, pierwszy i drugi tom.

wtorek, 21 maja 2019

Syndrom sztokholmski z ludzką twarzą czyli dlaczego Gazeta wyborcza robi kampanię premierowi Morawieckiemu?

https://youtu.be/GQylCI54IRY – Link ów zawiera relację tv z wieco-marszu opozycji totalitarnej nazwanego „Polska w grobie”, pardąs, „Polska w Europie”, który jak wszyscy wiemy, odbył się 18 maja bieżącego roku w naszej stolicy.
Nie przymuszam nikogo do prześledzenia tej relacji. Podaję ją tu jako corpus delicti tego, co zaraz tu opiszę. Zauważam bowiem, że być może jednak jest to ceremonia pogrzebowa i grób rzeczonej Europy wraz ze wszystkim, co ją stanowi, łącznie z Polską, na co wskazywałaby jakość narracji wygłoszonych w czasie tej wieco-procesji, bo o samym meritum owych memów nie uchodzi nawet wspominać, po prostu nie uchodzi, nie uchodzi. Jeśli nie mają państwo nic lepszego teraz do roboty, proszę tylko zwrócić uwagę na fragmenty, które pokazują łysiejącą widownię, to znaczy rzednącą gęstość zaludnienia na owej widowni. Zwrócił na to uwagę p. Rafał Ziemkiewicz w niedzielnej audycji Wróżenie z faktów Radia 24, pan Rafał, którego poglądów i jakości przekazu akurat nie za bardzo cenię, ale tu przyznaję mu zasługę stwierdzenia oczywistości i ogłoszenia jej, zasługę, bo sam z siebie raczej nigdy bym nie zechciał zmarnować nawet 2 minuty na oglądanie tych występów opozycji totalitarnej. Podeprę jego spostrzegawczość cytatem z https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2019-05-18/45-tys-czy-7-tys-sprzeczne-dane-dotyczace-liczby-uczestnikow-marszu-koalicji-europejskiej/: „W marszu "Polska w Europie" uczestniczyło 45 tys. osób - poinformował rzecznik stołecznego ratusza Kamil Dąbrowa, powołując się na dane Centrum Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego w Warszawie. Według nieoficjalnych informacji ze źródeł w policji, frekwencja wynieść miała jednak mniej - 7 tys. uczestników.
Zapewne organizatorzy marszu na to właśnie liczyli, na moje (nasze) lenistwo i niechęć do takich ekscesów z tzw. „nowymi twarzami”, w zasadzie zużytymi już do nudności. A tymczasem p. Ziemkiewicz wziął to na klatę i spełnił powinność urzędu swego.
Teraz wypadałoby zapodać jakąś konkluzję, ale powiem państwu szczerze, że w zasadzie konkluzją jest ów krótki opis akademickiego syndromu sztoklhomskiego, niestety przenoszący się również na inne nieakademickie sfery społeczne. Teraz za pomocą kolejnej hiperboli wypadałoby powiązać ten tekst z zapisem telewizyjnym wiecu demokracjo-opozycji. Ale właściwie powiązania są bardziej niż oczywiste. A zatem nie muszę się zbytnio wysilać i wystarczy że wskażę na zbieżność znanej wszystkim wypowiedzi p. Jażdżewskiego z wypowiedzią p. Schetyny, nie pamiętam czy z tego pogrzebu Europy, czy z innej jakiejś konwencji, wypowiedzi, w której oznjamił całemu narodowi wyborczemu, że najważniejszą sprawą dziś jest walka z pedofilią w Kościele pośród Księży. Wskażę również na zbieżność w czasie z wypromowanym ostatnio topornym filmem braci Siekierskich, pardąs, Sekielkskich, na ten właśnie temat. I jest jeszcze jedna zbieżność, mianowicie zbieżność z łysiejąca, czyli rzednąca widownia na wieco-marszo-pogrzebie.Totalitarna opozycja albowiem wraz z jej wodzem p. Donaldem na pewno ma tyle kasy z dotacji wszelakich by opłacić z niej kilku analityków, którzy ze spostrzegawczością p. Ziemkiewicza stwierdzili, że jej elektorat jest żelazny ale rdzewieje, do autobusów wsiądzie i do stolicy dojedzie i pójdzie na wybory, ale się nie powiększy, za to na wieco-pogrzebie da nogę do okolicznych knajpek, perfumerii, stołecznych sklepów z towarami luksusowymi i innymi uciechami, tudzież do stołecznych urzędów, gdzie musi załatwić krewnym i znajomym ważne sprawy nepotyczne i symoniczne. Czyli w sumie wieco-marsz może stać się wizerunkowym pogrzebem totalitarnej demokracjo-opozycji. No chyba że jednocześnie odpali się aferę, na przykład w postaci skanadlizującego filmu braci Siekierskich, pardąs, Sekielskich. Elektorat demokracjo-opozycji nie zwiększy się ale za to zmniejszy się frekwencja na wyborach zarówno majowych do parlamentu unijnego, bo trudno jeszcze zwać toto parlamentem europejskim, i jesiennych do parlamentu krajowego.
I jest jeszcze inna ważna korzyść wynikając z wszczęcia owej nagonki na Księży. Jak wiecie, mili państwo, nie chodzi tu wcale o śledztwo w sprawie pedofilii, bo może jeszcze się okazać, że tych pedofili jest znacznie i to bardzo znacznie więcej w szeregach opozycji totalitarnej, tudzież pośród jej elektoratu, niż pośród Księży. Na tę niechęć opozycji do rzetelnego śledztwa wskazuje chaos i obłęd w doszukiwaniu się pedofilii i innych nadużyć przez tzw. autorytety medialne i filmowe, opisany sugestywnie przez p. Maciejewskiego, w jego tekście „Metoda na Sekielskiego”. O co zatem chodzi? O sygnał dla możnych unijnych w celu wpłynięcia przez nich na Państwową Komisję Wyborczą, tak aby ci co trzeba nie przegrali z takim kretesem jak na to zasługują z powodu jakości ich narracji i przekrętów. Na to wskazuje stan w jakim nadal się znajduje PKW, opisany w licznych wypowiedziach p. Józefa Orła i liderów Ruchu Kontroli Wyborów, a także w moim tekście z października 2018: http://magazynier.szkolanawigatorow.pl/jak-elektorat-pis-wygra-wybory-samorzadowe2018-z-pkw
Jak to się ma do prześwietnej kampanii wyborczej zafundowanej raczej za darmo premierowi Morawieckiemu przez Gazetę wyborczą? Mam na myśli oczywiście cykl artykułów w owym dzienniku, w zamierzchłych czasach najpoczytniejszym w naszym kraju, na temat rzekomych przekrętów p. Morawieckiego i jego małżonki dotyczących zakupów ziemi, artykułów od których delikatnie odcina się nawet Radio Trójka. Ma się tak, jak to widać na przykładzie owych memów wygłaszanych przez liderów totalitarnej opozycji, ich jakości, a raczej braku jakiejkolwiek jakości, i na przykładzie jego bezpośredniego skutku, czyli rzednącej gęstości zaludnienia na pogrzebie Europy zafundowanym nam przez opozycję totalitarną 18 maja bieżącego roku w naszej stolicy. Słuchać albowiem tego już się nie da, nawet jeśli ktoś jest żelaznym elektoratem połączonym z liderami żelaznymi więzami przekrętów. Trzeba po prostu dać nogę i zapić to jakimś koktajlem Mołotowa-Junckera. Na placu boju pozostają tylko opłaceni, choćby poklepaniem po ramienu i uściskiem dłoni terrorysty, to znaczy, wodza.
https://youtu.be/GQylCI54IRY – Link ów zawiera relację tv z wieco-marszu opozycji totalitarnej nazwanego „Polska w grobie”, pardąs, „Polska w Europie”, który jak wszyscy wiemy, odbył się 18 maja bieżącego roku w naszej stolicy.
Nie przymuszam nikogo do prześledzenia tej relacji. Podaję ją tu jako corpus delicti tego, co zaraz tu opiszę. Zauważam bowiem, że być może jednak jest to ceremonia pogrzebowa i grób rzeczonej Europy wraz ze wszystkim, co ją stanowi, łącznie z Polską, na co wskazywałaby jakość narracji wygłoszonych w czasie tej wieco-procesji, bo o samym meritum owych memów nie uchodzi nawet wspominać, po prostu nie uchodzi, nie uchodzi. Jeśli nie mają państwo nic lepszego teraz do roboty, proszę tylko zwrócić uwagę na fragmenty, które pokazują łysiejącą widownię, to znaczy rzednącą gęstość zaludnienia na owej widowni. Zwrócił na to uwagę p. Rafał Ziemkiewicz w niedzielnej audycji Wróżenie z faktów Radia 24, pan Rafał, którego poglądów i jakości przekazu akurat nie za bardzo cenię, ale tu przyznaję mu zasługę stwierdzenia oczywistości i ogłoszenia jej, zasługę, bo sam z siebie raczej nigdy bym nie zechciał zmarnować nawet 2 minuty na oglądanie tych występów opozycji totalitarnej. Podeprę jego spostrzegawczość cytatem z https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2019-05-18/45-tys-czy-7-tys-sprzeczne-dane-dotyczace-liczby-uczestnikow-marszu-koalicji-europejskiej/: „W marszu "Polska w Europie" uczestniczyło 45 tys. osób - poinformował rzecznik stołecznego ratusza Kamil Dąbrowa, powołując się na dane Centrum Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego w Warszawie. Według nieoficjalnych informacji ze źródeł w policji, frekwencja wynieść miała jednak mniej - 7 tys. uczestników.
Zapewne organizatorzy marszu na to właśnie liczyli, na moje (nasze) lenistwo i niechęć do takich ekscesów z tzw. „nowymi twarzami”, w zasadzie zużytymi już do nudności. A tymczasem p. Ziemkiewicz wziął to na klatę i spełnił powinność urzędu swego.
Ja natomiast lotem hiperbolicznym pragnę połączyć impresję z migawek z owej relacji telewizyjnej, bo całości strawić po prostu się nie da, z pewną przypowieścią, z historyjką, która przydarzyła się pewnemu mojemu znajomemu, bardzo wrażliwemu na ludzkie cierpienie, sprawującemu jednocześnie na niższym szczeblu władzę nad niejaką załogą i niejakim budżetem. Onegdaj zdarzyło się, iż zgłosiła do niego pewna niepełnosprawna osoba z zapotrzebowaniem na stypendium naukowe, zagraniczne, przeznaczone dla studentów (osoba ta studiowała na kierunku, gdzie ów znajomy mój pracuje), czyli z gotowością stanięcia do konkursu o owe stypendium studenckie i ofertą konkretnego tekstu akademickiego, że tak powiem, humanistycznego. Temat brzmiał całkiem, całkiem, ale osoba owa musiała wykazać się ocenami, praktyczną znajomością języka obcego i jakimś wypracowaniem. Mój znajomy, głęboko poruszony jej trudnym losem, powiedział jej, co musi napisać i co musi wypełnić, i żeby przesłała mu ów tekst akademicki, że tak powiem, humanistyczny. Uprzedził ją, że ów konkurs stawia wysokie zaś startujący do niego muszą prezentować wysoki poziom. Na tym z bólem serca rozmowę zakończył. Osoba owa przesłała ów tekst napisany zresztą w języku obcym, ale nim ów tekst dotarł do niego drogą elektroniczną, odebrał telefon od matki owej osoby, która bardzo szczegółowo opisała jej cierpienia i męki związane m. in. z zacofaniem naszej służby zdrowia. Wzmógł się znacznie ból serca mojego znajomego. Ponieważ, prócz pozycji zarządzającej niskiego szczebla, miał on również swoje miejsce w komisji przyznającej owo stypendium, przedstawił z wielką ekspresją historię owej osoby niepełnosprawnej członkom rzeczonej jak również i jej tekst akademicki, że tak powiem, humanistyczny, napisany zresztą w języku obcym, na całkiem niezłym poziomie, ale nie tak dobrym jak osiągnięcia akademickie pozostałych startujących. I jak sądzicie, mili państwo, jak zagłosowała komisja? Zagłosowała za a nawet przeciw. Za osobą niepełnosprawną. Szczerze mówiąc nie wiem dokładnie czy ktoś spośród innych studentów został poszkodowany, to znaczy czy któryś student studentka nie dostała się do grupy wyjazdowej, ale jest to możliwe. Najważniejszą sprawą jest jednak ciąg dalszy i dobre imię owej instytucji edukacyjnej. Oczywiście osoba owa niepełnosprawna wyjechała na stypendium i owocnie je odbyła. Pozostała tylko jedna zagwozdka. Pobyt zagraniczny musiał przynieść wymierny efekt w postaci artykułu bądź publikacji zwartej. Niestety, że tak powiem, proszę ja was, wyjazd ów i pobyt takiego efektu nie przyniósł. Członkowie komisji poczęli czynić zarzuty memu znajomemu, który bronił się uporczywie argumentami humanistyczno-humanitarnymi, ale winy za błędną decyzję czegoś nie chciał na siebie przyjąć, choć nie wiązało się to z jakąś sankcją prawną, najwyżej z umniejszonym nieco autorytetem. Podzielił się ze swoją żoną swoim rozgoryczeniem z powodu braku zrozumienia ze strony tak zwanego środowiska dla, było nie było, dogmatu humanistyczno-humanitarnego: „errarum humanum est”. A ponieważ jego małżonka pracuje w tym samym instytucie i miała ona własnych faworytów na wyjazd, ze stalowym chłodem w oczach, bardzo nietypowym dla niej, powiedziała mu, żeby puknął się w czółko i skończył z tą babską histerią, a na przyszłość używał rozumu a nie sentymentów humanistyczno-humanitarnych, bo jeśli jeszcze raz zechce ujmować się w ten sposób za jakąś „osobą niepełnosprawną” własnoręcznie spuści go ze schodów. A mieszkali na drugim piętrze przeciętnie luksusowego bloku popeerelowskiego, średnio 10 metrów w linii prostej, w krzywej nie umiem obliczyć. Mój znajomy zresztą też nie umiał jej obliczyć, ale ponieważ ma on bogatą wyobraźnię literacką, bez trudu wyobraził sobie swój wyczyn sportowo-kaskaderski w postaci sturlania się po schodach klatki tak zwanej schodowej twardych jak ten okrutny świat. Przełknął zatem gorzkie łzy wraz z jakąś tam starożytną sentencją o okrucieństwie tego świata, ogarnął się i własnonożnie zszedł po tych schodach tak zwanej klatki schodowej z męską decyzją, że następnym razem z większym respektem podejdzie do niehumanitarnych preferencji swojego zdrowego rozsądku, środowiska i żony. Przynajmniej dla świętego spokoju. Całą tę historię streściła mi jego żona. Zaś z jego dalszych poczynań wynika, że przynajmniej w tym zakresie pozostał wierny swej męskiej decyzji i zdrowemu rozsądkowi. W innych zakresach już nie za bardzo, zwłaszcza jeśli chodzi o ten zdrowy rozsądek.
Ale tak to już jest z akademickim syndromem sztokholmskim z ludzką twarzą. Czegoś bardzo mu zależy na tej twarzowości. No tak, bo od wyrazu buźki danej ofiary zależy czy dany terrorysta, to znaczy przepraszam, dany autorytet poklepie po ramieniu i uśmiechnie się, czy wręcz przeciwnie, zrobi groźną minkę i odmownie rozpatrzy podanie na przykład o dotację na badania albo o uznanie pretensji petenta do danego tytułu akademickiego, np. tytułu doktora czy doktora habilitowanego czy może nawet profesora.
Teraz wypadałoby zapodać jakąś konkluzję, ale powiem państwu szczerze, że w zasadzie konkluzją jest ów krótki opis akademickiego syndromu sztoklhomskiego, niestety przenoszący się również na inne nieakademickie sfery społeczne. Teraz za pomocą kolejnej hiperboli wypadałoby powiązać ten tekst z zapisem telewizyjnym wiecu demokracjo-opozycji. Ale właściwie powiązania są bardziej niż oczywiste. A zatem nie muszę się zbytnio wysilać i wystarczy że wskażę na zbieżność znanej wszystkim wypowiedzi p. Jażdżewskiego z wypowiedzią p. Schetyny, nie pamiętam czy z tego pogrzebu Europy, czy z innej jakiejś konwencji, wypowiedzi, w której oznjamił całemu narodowi wyborczemu, że najważniejszą sprawą dziś jest walka z pedofilią w Kościele pośród Księży. Wskażę również na zbieżność w czasie z wypromowanym ostatnio topornym filmem braci Siekierskich, pardąs, Sekielkskich, na ten właśnie temat. I jest jeszcze jedna zbieżność, mianowicie zbieżność z łysiejąca, czyli rzednąca widownia na wieco-marszo-pogrzebie.
Totalitarna opozycja albowiem wraz z jej wodzem p. Donaldem na pewno ma tyle kasy z dotacji wszelakich by opłacić z niej kilku analityków, którzy ze spostrzegawczością p. Ziemkiewicza stwierdzili, że jej elektorat jest żelazny ale rdzewieje, do autobusów wsiądzie i do stolicy dojedzie i pójdzie na wybory, ale się nie powiększy, za to na wieco-pogrzebie da nogę do okolicznych knajpek, perfumerii, stołecznych sklepów z towarami luksusowymi i innymi uciechami, tudzież do stołecznych urzędów, gdzie musi załatwić krewnym i znajomym ważne sprawy nepotyczne i symoniczne. Czyli w sumie wieco-marsz może stać się wizerunkowym pogrzebem totalitarnej demokracjo-opozycji. No chyba że jednocześnie odpali się aferę, na przykład w postaci skanadlizującego filmu braci Siekierskich, pardąs, Sekielskich. Elektorat demokracjo-opozycji nie zwiększy się ale za to zmniejszy się frekwencja na wyborach zarówno majowych do parlamentu unijnego, bo trudno jeszcze zwać toto parlamentem europejskim, i jesiennych do parlamentu krajowego.
I jest jeszcze inna ważna korzyść wynikając z wszczęcia owej nagonki na Księży. Jak wiecie, mili państwo, nie chodzi tu wcale o śledztwo w sprawie pedofilii, bo może jeszcze się okazać, że tych pedofili jest znacznie i to bardzo znacznie więcej w szeregach opozycji totalitarnej, tudzież pośród jej elektoratu, niż pośród Księży. Na tę niechęć opozycji do rzetelnego śledztwa wskazuje chaos i obłęd w doszukiwaniu się pedofilii i innych nadużyć przez tzw. autorytety medialne i filmowe, opisany sugestywnie przez p. Maciejewskiego, w jego tekście „Metoda na Sekielskiego”. O co zatem chodzi? O sygnał dla możnych unijnych w celu wpłynięcia przez nich na Państwową Komisję Wyborczą, tak aby ci co trzeba nie przegrali z takim kretesem jak na to zasługują z powodu jakości ich narracji i przekrętów. Na to wskazuje stan w jakim nadal się znajduje PKW, opisany w licznych wypowiedziach p. Józefa Orła i liderów Ruchu Kontroli Wyborów, a także w moim tekście z października 2018: http://magazynier.szkolanawigatorow.pl/jak-elektorat-pis-wygra-wybory-samorzadowe2018-z-pkw
Jak to się ma do prześwietnej kampanii wyborczej zafundowanej raczej za darmo premierowi Morawieckiemu przez Gazetę wyborczą? Mam na myśli oczywiście cykl artykułów w owym dzienniku, w zamierzchłych czasach najpoczytniejszym w naszym kraju, na temat rzekomych przekrętów p. Morawieckiego i jego małżonki dotyczących zakupów ziemi, artykułów od których delikatnie odcina się nawet Radio Trójka. Ma się tak, jak to widać na przykładzie owych memów wygłaszanych przez liderów totalitarnej opozycji, ich jakości, a raczej braku jakiejkolwiek jakości, i na przykładzie jego bezpośredniego skutku, czyli rzednącej gęstości zaludnienia na pogrzebie Europy zafundowanym nam przez opozycję totalitarną 18 maja bieżącego roku w naszej stolicy. Słuchać albowiem tego już się nie da, nawet jeśli ktoś jest żelaznym elektoratem połączonym z liderami żelaznymi więzami przekrętów. Trzeba po prostu dać nogę i zapić to jakimś koktajlem Mołotowa-Junckera. Na placu boju pozostają tylko opłaceni, choćby poklepaniem po ramienu i uściskiem dłoni wodza.

poniedziałek, 6 maja 2019

Koordynacja: 2017 – próba podpalenia wizerunku O. Rydzyka; 2018 – manifestacja przed Radiem Maryja; 2019 – prowokacja Pruchnicka, kolejna manifestacja przed Radiem Maryja

Naruszenie dóbr osobistych w postaci spalenia kukły z doklejonym zdjęciem O. Tadeusza Rydzyka przed siedzibą Radia Maryja (28.05. 2017 w czasie manifestacji Konfederacji Rodziców w Toruniu) zostało zakwalifikowane przez sąd toruński, w tymże 2017 roku, jako „nieostrożne obchodzenie się materiałami łatwopalnymi”. Prowokacji tej dokonał niejaki Sławomir D., według mediów, dyplomowany teolog. Była to również zachęta do kolejnych prowokacji wobec założyciela katolickiej toruńskiej rozgłośni, które w istocie rozgrywają się na naszych oczach: „Chryja pod Radiem Maryja” 03. 05. 2018 i „Chryja2” 03. 05. 2019, która to manifestacja, wbrew temu, co sugeruje tytuł z Expressu bydgoskiego, podany w poniższym linku, odbyła się z wielką pompą:
Rozgrywają się owe prowokacje przed naszymi oczami, o ile nasze oczy i uszy są w stanie wyłapać, spośród natłoku informacji, obrazy i wieści o nich świadczące. Bo ja, przyznam szczerze, wyłapałem je dopiero w tym roku. Nie można nie dostrzec powiązania z kolejną profanacją wizerunku Jasnogórskiej Madonny mającą miejsce niedawno w Płocku. Jak również z wyjątkowo kabotyńskim i rynsztokowym przemówieniem p. Jażdżewskiego na Uniwersytecie Warszawskim. Ze względu na zmasowaną propagandę niechęci i pogardy dla wierzących, prowokacje te i profanacje nie mogą być traktowane jako li tylko obraza uczuć religijnych, jak to określa Artykuł 196 Kodeksu Karnego. Najwyraźniej zachodzi tu znacznie poważniejsza kwalifikacja karna, mianowicie zachęta do przemocy propagandowej i fizycznej wobec członków Kościoła Katolickiego, duchownych i świeckich. Potrzebna jest nowelizacja Kodeksu Karnego.
Na marginesie dodam że, obrona dobrego imienia Polski, obecna już w naszym prawodawstwie, nie jest tylko kwestią naszego dobrego samopoczucia. Infamia, zła sława, to zamknięcie drogi do wymiany dóbr materialnych i intelektualnych z innymi, czyli zamknięcie szansy na wymierne korzyści, na polepszenia własnej kondycji finansowej i społecznej, to w zasadzie polityczny "wyrok śmierci", wykluczenie globalne. To również kwestia bezpieczeństwa całego kraju. Takie znaczenie ma również dobre imię Kościoła i wierzących, którzy od dawna doświadczają w naszym kraju i w Europie poczucia zagrożenia, choćby zagrożenia ich miejsc pracy i regularnych dochodów.
Według sędziego z Torunia, Krzysztofa Dąbkiewicza, próba spalenia owej kukły była tylko "nieostrożnym obchodzeniem się z materiałami łatwopalnymi" (https://nowosci.com.pl/wyrok-za-probe-spalenia-kukly-o-rydzyka-przed-radiem-maryja-300-zl-grzywny-slawomir-d-najpewniej-bedzie-apelowal/ar/13699406). Sławomir „teolog” Został ukarany grzywną w wysokości 300 zł (wyrok był nieprawomocny). Wcześniej spalił kukłę Jarosława Kaczyńskiego i żadnej kary nie poniósł.
Artykułowi z portalu nowości.com.pl towarzyszy kilka filmów związanych z działalnością Redemptorystów w Toruniu dotyczących rzekomych przekrętów O. Rydzyka, typu 200 tys. od MSZ dla fundacji O. Rydzyka. W istocie nie ma takiej, jest fundacja Lux Veritatis, zaś ja życzę jej 200 mln dotacji od MSZ, MF, MNiSW osobno. Dlaczego życzę jej takiego „obrzydliwego bogactwa”? Z powodu tego, że jest to środowisko w znakomitej większości ludzi uczciwych (nieuczciwi, którzy tam się zdarzyli, to były wtyczki, takie przypadki zdarzały się i zostały opisane przez media związane z Radiem Maryja), ludzi oddanych sprawom dobra publicznego, służbie innym. A zatem mamy tu gwarancję uczciwego spożytkowania tych dotacji.
Gdyby jakimś cudem Redempotoryści i fundacje z nimi związane otrzymali choćby i 20 mln dotacji, spożytkowaliby je na co? Jak sądzicie? Na dziewczynki, wódę i wycieczki zagraniczne? Śmiechu warte. Są to podejrzenia wprost spod zaniuchanej peerelowskiej budki z piwem, gdzie sfrustrowani niewolnicy komuny zazdrosnym okiem lustrowali dary z zachodnich zrzutów. A przecież i dziś nie brak sfrustrowanych niewolników dętej demokracji, łącznie z piszącym te słowa, niewolnikiem z doktoratem. Z tą różnicą, że sporo jest dziś niewolników wyznania rzymsko-katolickiego, praktykujących dialogi w konfesjonale i nawet czasem czytających Pismo Święte. I to jest duża różnica, oprócz tego że zasługa katechez radiowych płynących z rozgłośni toruńskiej. Albowiem zamiast „hodować robaka” urazów i frustracji z racji ekonomicznego skrępowania, przypiekamy owego „robala” wolnym ogniem sakramentu pojednania. Niewolnicy pozostający poza Kościołem albo na jego obrzeżu pozostają sam na sam z owym demonem niezadowolenia. Łatwo go skierować na ludzi przedsiębiorczych takich jak Redemptoryści i świeccy z nimi związani, obracający dużymi kwotami, ale przecież nie po to, żeby na nich „spać”, lecz na potrzeby mediów katolickich, edukacji i inwestycji typu geotermia.
Ludzie zagonieni w szczurzym wyścigu, obciążeni zranieniami i licznymi konfliktami w swoim najbliższym środowisku, nieuleczonymi z powodu braku kontaktu z mocą sakramentów, nie będą wchodzili w szczegóły, nie będą mieli w ogóle czasu na badanie, "jak to jest naprawdę z tym Rydzykiem". I na to liczą propagandyści, najemnicy lobby globalnych, dzierżących władzę nad globalnymi finansami, czuwających wciąż nad tym, by ich 18-wieczny sukces wypchnięcia Kościoła poza obszar kontynentalnej polityki został utrzymany. Mogą zaś utrzymać zdobytą władzę nad organizacjami politycznymi i religijnymi m. in. przez podtrzymywanie tyleż paskudnego co fałszywego wizerunku Kościoła. Jak widzimy nie jest to władza absolutna, wymaga bowiem wielkiego wysiłku i przemyślnych, wielopiętrowych manipulacji, wielokrotnie już przećwiczonych.
Pogarda dla wierzących, kpina z nich prowokuje do przemocy ludzi najuboższych duchem, zranionych przez okoliczności tzw. życiowe, pozbawionych nadziei na lepszą przyszłość, zepchniętych na margines, skazanych przez możnych tego świata na ekonomicznie i cywilizacyjne pomyje. Tak było w Paryżu ograniętym rewolucją roku 1798. W Sankt Petersburgu w 1917 roku. W Niemczech ogarniętych nazistowską rewolucją 1933-1945. Widzieliśmy to w końcu pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu w roku 2010. Ów materiał poglądowy wystarczy do nowelizacji Kodeksu Karnego, do nowej kwalifikacji ataków na symbole religijne i na duchownych.
Sądząc po napastliwej narracji takich "dzieł sztuki" jak Kler Smarzowskiego, gangi III RP nie cofną się przed pchnięciem do przemocy osobników albo nie radzących sobie z własnymi emocjami albo gotowych do przestępstwa w zamian za swoje "5 minut" na wizji i niejawne korzyści poza wizją. Rzecz jasna, nie wiem, czy do takiej nowelizacji dojdzie. Liczę natomiast na to, że Prokurator Generalny nie będzie dłużej już zwklekał i przychyli się do interwencji Poseł Anny Sobeckiej, o której na końcu tego tekstu. Ufam że ludzie odpowiedzialni za bezpieczeństwo publiczne nie będą czekali, aż ktoś zechce fizycznie ugodzić, w jakikolwiek sposób, O. Tadeusza Rydzyka czy innego duchownego związanego, czy też niezwiązanego z Radiem Maryja.
Hojnych dotacji państwowych życzę fundacji toruńskiej i OO. Redemptorystom również z racji zmanipulowania przez polskie sądownictwo procesu zwrotu Kościołowi mienia zagrabionego przez gangi komunistyczne, przedłużające dziś swoje istnienie przez skorumpowane układy biurokratyczne i sądownicze. Jeśli Kościół nie odzyskał w pełni swego mienia, jeśli nadal jego środki na tworzenie szkół, również wyższych, a także szpitali, przychodni i zakładów pracy, są drastycznie ograniczone, przynajmniej niech z legalnych dotacji państwowych skorzystają przedsiębiorczy a uczciwy, oddani sprawie dobra publicznego. Przecież dobrze wiecie, mili państwo, że nasze gangi biurokratyczne, w tym również pseudo-sądownicze i pseudo-akademickie, nie pozwolą na to, by jacyś „parweniusze”, „katoliccy fundamentaliści” opływali w państwowe dotacje. To co tu piszę to marzenia. Marzenia. 
Zauważcie, mili państwo, pośród filmików załączonych do artykułu na temat Sławomira "teologa" jest również film zatytułowany "Państwowa ziemia trafiła do O. Rydzyka". Arghhhhhh ...!!!! Co za ból!!!! Cóż za upokorzenie elity nieustajacego rabunku rewolucyjnego, pardons, marszu nowej sprawiedliwości przez instytucje państwowe!!!! Wszak ziemia państwowa należy się "autorytetom reglamentowanym"! Względnie ich cichym sponsorom. 
I jeszcze jeden szczegół: podobieństwo między prześmiewczymi "bakhanaliami" pod siedzibą Radia Maryja a spaleniem w Wielki Piątek'2019 w Pruchniku kukły Judasza, złośliwie ozdobionej żydowskimi pejsami, których do tej pory, przez te kilka stuleci owej tradycji, nikt z pobożnych mieszkańców Podkarpacia nie przydawał owej kukle. No tak, powiecie mili państwo, w Toruniu 3 maja 2019 r. nie było kukły. Ale była podobna kołtuńska złośliwość wizualnych szczegółów. Przyjrzyjcie się zdjęciom. Nie można ich kopiować jakoby z racji "praw autorskich", ale można się na nie popatrzeć. Jeszcze. Czyżby w Toruniu ujawnił się podobny "projektant", zaprzyjaźniony z "projektantem" prowokacji pruchnickiej? 
"Na drugi koniec Tęczy z Ojcem Tadeuszem. Chryja 2 została zakazana przez wojewodę kujawsko-pomorskiego, jednakże sąd uchylił te decyzję. Poseł Anna Sobecka zwróciła się do Prokuratury Okręgowej w Toruniu z zapytaniem na jakim etapie znajduje się postępowanie przygotowawcze, wywołane jej zawiadomieniem o możliwości popełnienia przestępstwa, które złożyła w dniu 7 maja 2018 roku, dotyczące wydarzeń mających miejsce w Toruniu przed siedzibą Radia Maryja, w dniu 3 maja 2018, gdzie zorganizowano obrazoburczy happening pod nazwą Chryja pod Radiem Maryja. 'W szczególności proszę o wyjaśnienie przyczyn długotrwałości tego postępowania. Przypominam, że zgodnie z art. 325 kpk dochodzenie powinno być ukończone w ciągu 2 miesięcy, a śledztwo zgodnie z treścią art. 310 kpk powinno być ukończone w ciągu 3 miesięcy. Tymczasem ze strony Prokuratury nie ma żadnych informacji o postępie w niniejszym postępowaniu', napisała poseł Anna Sobecka.”
Warto też przestudiować pismo p. Sobeckiej, jest ono bowiem wzorem interwencji prawnej
załączonym do powyższego artykułu.